Fotografia (nie)obiektywna

Zawsze podziwiałam fotografów – reporterów. Tego, że ich zdjęcia są tak blisko. Fascynowały mnie te ciasne kadry, które powodowały, że emocje wypływały ze zdjęcia…
Wydaje mi się, że fotoreportaż jest tym rodzajem sztuki, który pokazuje, że nie możesz być obiektywny. Robiąc zdjęcia, pokazujesz też siebie – sposób w jaki je wykonasz zdradza Twój stosunek do świata i do ludzi. Nie ma się co z tym kryć. Wierzę, że fotografia może być zaangażowana. Tak jak dziennikarstwo. Nikt jeszcze z chłodną głową, zimną kalkulacją, nie potrafił przekazać szału radości, goryczy, gniewu czy szczęścia. Emocje są zaraźliwe, wierzę, że jeśli ich nie czujesz, nie pokażesz ich.

Dziewczymki skaczące w gumę

Niewiele smutnych zdjęć zobaczycie u mnie. Szczerze mówiąc do szewskiej pasji doprowadzają mnie fotografowie pokazujący w sposób stereotypowy Śląsk. Bo w moich oczach Śląsk jest zielony, jest kolorowy i pełen ciekawych ludzi. Dlatego uwielbiam takie imprezy jak „Bytomski zielnik” czy #parkovelove (z którego pochodzą akurat te zdjęcia). Udziela mi się wówczas nastrój dziecięcej radości i spontaniczności. I niemal każdemu rodzicowi będącemu uczestniekiem tej imprezy chciałabym powiedzieć: drogi rodzicu: wychowwywanie – robisz to zdecydowanie dobrze!


Uwielbiam też takie wydarzenia, ponieważ dają mi dziecięcą wręcz możliwość eksperymentowania i zabawy fotografią. Tak, zabawy!
Gdyby parę lat temu, ktoś zaproponował mi użycie lampy błyskowej, w samym środku gorącego i słonecznego dnia, chyba bym go wyśmiała. Ale od pewnego czasu, lampa staje się moim nieodłącznym towarzyszem. Uwielbiam pewien rodzaj dramaturgii, który potrafi wykreować. Pokazuje na co patrzę i co podziwiam. A czasem dodaje efektu malarskiego. Nie daje też złudzeń – tak mi się zdaje, że jestem biernym obserwatorem. Który cichaczem i z dystansu próbuje podpatrywać innych. Nie, to jest jasny komunikat, patrzę na Ciebie. I już Cię lubię 🙂

Kiedyś byłam cichą i spokojną osobą, potem zostałam gadułą. I lubię ten rodzaj interakcji, kiedy z powodu aparatu, mimo że stoimy naprzeciwko siebie, to tworzymy coś razem. Nawet jeśli wydaje się Wam to czymś zwariowanym, no każę rzucać w moją stronę – a najlepiej trafiać na czubek głowy 😀

Zachwycić się tysiące razy

Niektórzy wyjeżdżają by robić zachwycające zdjęcia. Podróżują by uchwycić piękno nieznanych im miejsc i dać się zaskoczyć. Zwykło się nawet mawiać, że liczy się nowe spojrzenie kogoś niezaznajomionego z tematem. I wiele jest w tym racji, wyruszając w nowe i nieznane, chłoniemy, poszukujemy i sprawdzamy. Nie przechadzamy się ulicami w zamyśleniu, wręcz przeciwnie, oglądamy szukamy, przyglądamy się, tak by nic nam nie uciekło…

Znam to i niejednokrotnie sama tego doświadczam. Uwielbiam gubić się w nieznanym mi mieście i przechadzać się jego ulicami, pełna ekscytacji w miarę kolejnych odkryć. Posmak nowości ekscytuje, i pobudza nasze zmysły. Ale czy kiedykolwiek zdarzyło wam się wyruszyć znanymi wam ścieżkami w podróż, i poczuć ekscytację? Stanąć w miejscu, w którym stawało się już tysiące razy i się zachwycić?

Mi tak. I jest to najpiękniejsze uczucie na świecie. To tak jakbyście ujrzeli piękno w najczystszej postaci. To tak jakby nosić okulary, dzięki którym można spojrzeć na świat zupełnie na nowo. Czasami świat uchyla Wam rąbka tajemnicy, wychyla się i szepcze Wam że jest piękny. Zdarza się, że patrzę na świat i staję i się zachwycam. Czasem w tym czasie mijają mnie tłumy, i zdziwiona widzę, że niewielu poza mną zatrzymuje się by podziwiać ten spektakl.

Czasem spojrzeć na świat „inaczej” jest stosunkowo prosto. Lecz czasem aby spojrzeć, trzeba dostrzec, bo czasem gdy patrzymy to w cale nie widzimy. A trzeba naprawdę widzieć, by móc się zachwycić. To wymaga wysiłku. Przede wszystkim świadomego patrzenia. Nauczyłam się patrzeć, gdy uświadomiłam sobie jak wiele mnie omija. Wszystko to wydaje się strasznie zagmatwane gdy to opisuję, lecz rzecz jest naprawdę prosta.

Można po prostu wstać o 5 nad ranem, pójść nad łąkę, i zachwycić się urzekającą rosą na trawie i pomyśleć jak świat jest piękny. I uwierzcie, że czasem nic więcej nie potrzeba by poczuć się dobrze.

Jeszcze jest chwila, dlatego chciałabym Życzyć Wam wspaniałych świąt, i tego byście zawsze świadomie patrzyli na świat i ludzi, którzy Was otaczają. Bo naprawdę czasem bardzo łatwo się nimi zachwycić i być szczęśliwym.

CZAS

CZAS. Jedyna rzecz prawdziwie cenna, którą posiadamy. Choć nie mamy jej na własność. Jest nam wykradany, jest nam zabierany, jest nam dawany, jest marnowany, jest w końcu przez nas zabijany. Ucieka nam między palcami. Nie możemy go sobie dodać, ani zamówić w restauracji. I choćbyśmy pragnęli i udawali, to nie potrafimy ani go zatrzymać ani zamrozić. Czas to ten moment, między wymierzeniem kadru, a naciśnięciem spustu migawki. Na ten moment wstrzymuje oddech. Bo to ten moment, który decyduje czy zdjęcie się uda. Bo ta chwila, ten wyraz twarzy, to światło się już nie powtórzy. Zmarnowana okazja. A nic nie boli bardziej niż utracona szansa.

Nigdy za wiele nie myślałam o czasie. Był jednym z parametrów na korpusie mojego aparatu. Przyśpieszanym lub rozciąganym, operacją która sprawia, że zamrażam ruch, lub pozwalam mu się objawić w pełnej krasie. Bardzo lubię te niejednoznacznie ostre zdjęcia, niekoniecznie ostre jak żyleta. Lekko miękkie, jak światło o poranku lub przed zachodem słońca. Gdy wszystko jest delikatnie rozproszone, dopiero wówczas świat wydaje mi się wystarczająco prawdziwy. Bo niejednoznaczny, bo granic ostrych jak brzytwa nie ma. Myślę wówczas o Cezannie. Lubię wyobrażać go sobie o zimnym poranku stojącym u podnóża góry. Lubię wyobrażać sobie, że stojąc tam o złotej godzinie drętwiały mu palce z zimna, a ciepło na jego obrazie to tylko świetlna ułuda. Mały człowiek, góra i świetliste plamy. Gdy patrzę na jego pejzaże lub portrety, odnoszę wrażenie, że artysta chciał malować czystym światłem, samą barwą, czasem odrzucając cienie czy kontury. Rozświetlone migoczące kwadraty malowane w odpowiednim czasie. Odklejał od siebie warstwa po warstwie nasze postrzeganie. Ale to trudne, to jak rozklejać dwa plasterki sera, zawsze jakieś się zlepią i ich fragmenty już takie zostają…

Ktoś kiedyś zapytał mnie jak to robię, że ptaki na moich zdjęciach są rozmyte, ale zawsze się zdarza ten jeden ostry. W pierwszym odruchu chciałam napisać: nie wiem. Ale nie była to do końca prawda. Po kilku latach używania aparatu, wiem doskonale, że stanowi to odpowiednia mieszanina przysłony, czasu i złapania ostrości. Ale to też nie jest do końca prawda. Czuję się czasem jak wyobrażany przeze mnie malarz. Czuję jak cierpną mi palce z zimna, jak buty mi przemakają. Stoję i czekam. I patrzę na świat jakbym pierwszy raz go widziała.

Nigdy nie zastanawiałam się wcześniej, czym jest dla mnie czas. Ani czym naprawdę jest dla mnie fotografia. Aż w lutym tego roku stojąc w śniegu sięgającym po łydki, patrzyłam na pejzaż i czekałam. Stałam na tyle długo, że przestałam się orientować ile to już robię. Pozwoliłam moim myślom odpłynąć, a oczom wędrować po miłych białych kształtach. Wówczas po raz pierwszy pomyślałam, że fotografia jest i była dla mnie zawsze czekaniem. Oczekiwaniem. Na TEN właśnie moment. Czyż to nie ironia? Czyż kwintesencją fotografii nie powinien być obraz?
Uwielbiam moment ciszy przed burzą. Atmosfera gęstnieje, robi się duszno, nie ma czym oddychać, skóra jest lepka od potu, jest podejrzanie spokojnie i wszystko stoi, łącznie z powietrzem. Nic się nie dzieje. Aż w końcu przychodzi nawałnica, która pozwala to wszystko uwolnić, pozwala skórze oddychać. Wszystkie stłumione ziemskie emocje ulatują wraz z parą buchającą z chodników, z oddechem ulic uwolnionych od gorąca.

Kiedy czekam, to jak cisza przed burzą, czuję się spokojna, ale gdy tylko nacisnę spust migawki czuję ulgę. Już niczego nie cofnę. Mogę już oddychać. Stało się, już niczego nie muszę. Jeśli coś zepsułam to już niczego nie naprawię. Wszystkie zastygłe emocje mogą wybuchnąć całą feerią barw.
Lubię czekać. Chcę czekać. Czekanie jest moją prawdą. Gdy stoję po łydki w śniegu, to czekam aż stopnieją kolejne płatki śniegu na jednej z gałęzi drzewa pod którym stoję. Jeden płatek, drugi płatek, trzeci płatek, nie wiem ile płatków musi stopnieć aby przeciążyły śnieg na gałęzi i runęły miękko w wodę. Wywołując równe okręgi. Nie wiem i czekam na tę lawinę przyczynowo – skutkową. Mogłabym coś rzucić, ale nie chcę, to nie moja prawda, nie takim widziałam świat gdy uznałam, że jest piękny. Więc czekam, jeden płatek drugi płatek, trzeci płatek…poruszenie gałęzi i bezdźwięczne uderzenie w taflę wody. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Więc znowu czekam. Kręgi na wodzie mnie wchłaniają, przypominam sobie że koło jest symbolem Boga. Ja myślę, że przypomina mi czas.
Robię ostatnie zdjęcie. Gdy odchodzę dzwoni mi telefon, zatroskany głos pyta się czy wszystko ok, bo nie ma mnie od paru godzin.

Wszystko jest ok, wydaje mi się, że może zrobiłam jedno dobre zdjęcie.
Ale to dobry wynik jak na ten czas. Wrócić z jednym dobrym zdjęciem.