CZAS. Jedyna rzecz prawdziwie cenna, którą posiadamy. Choć nie mamy jej na własność. Jest nam wykradany, jest nam zabierany, jest nam dawany, jest marnowany, jest w końcu przez nas zabijany. Ucieka nam między palcami. Nie możemy go sobie dodać, ani zamówić w restauracji. I choćbyśmy pragnęli i udawali, to nie potrafimy ani go zatrzymać ani zamrozić. Czas to ten moment, między wymierzeniem kadru, a naciśnięciem spustu migawki. Na ten moment wstrzymuje oddech. Bo to ten moment, który decyduje czy zdjęcie się uda. Bo ta chwila, ten wyraz twarzy, to światło się już nie powtórzy. Zmarnowana okazja. A nic nie boli bardziej niż utracona szansa.

Nigdy za wiele nie myślałam o czasie. Był jednym z parametrów na korpusie mojego aparatu. Przyśpieszanym lub rozciąganym, operacją która sprawia, że zamrażam ruch, lub pozwalam mu się objawić w pełnej krasie. Bardzo lubię te niejednoznacznie ostre zdjęcia, niekoniecznie ostre jak żyleta. Lekko miękkie, jak światło o poranku lub przed zachodem słońca. Gdy wszystko jest delikatnie rozproszone, dopiero wówczas świat wydaje mi się wystarczająco prawdziwy. Bo niejednoznaczny, bo granic ostrych jak brzytwa nie ma. Myślę wówczas o Cezannie. Lubię wyobrażać go sobie o zimnym poranku stojącym u podnóża góry. Lubię wyobrażać sobie, że stojąc tam o złotej godzinie drętwiały mu palce z zimna, a ciepło na jego obrazie to tylko świetlna ułuda. Mały człowiek, góra i świetliste plamy. Gdy patrzę na jego pejzaże lub portrety, odnoszę wrażenie, że artysta chciał malować czystym światłem, samą barwą, czasem odrzucając cienie czy kontury. Rozświetlone migoczące kwadraty malowane w odpowiednim czasie. Odklejał od siebie warstwa po warstwie nasze postrzeganie. Ale to trudne, to jak rozklejać dwa plasterki sera, zawsze jakieś się zlepią i ich fragmenty już takie zostają…

Ktoś kiedyś zapytał mnie jak to robię, że ptaki na moich zdjęciach są rozmyte, ale zawsze się zdarza ten jeden ostry. W pierwszym odruchu chciałam napisać: nie wiem. Ale nie była to do końca prawda. Po kilku latach używania aparatu, wiem doskonale, że stanowi to odpowiednia mieszanina przysłony, czasu i złapania ostrości. Ale to też nie jest do końca prawda. Czuję się czasem jak wyobrażany przeze mnie malarz. Czuję jak cierpną mi palce z zimna, jak buty mi przemakają. Stoję i czekam. I patrzę na świat jakbym pierwszy raz go widziała.

Nigdy nie zastanawiałam się wcześniej, czym jest dla mnie czas. Ani czym naprawdę jest dla mnie fotografia. Aż w lutym tego roku stojąc w śniegu sięgającym po łydki, patrzyłam na pejzaż i czekałam. Stałam na tyle długo, że przestałam się orientować ile to już robię. Pozwoliłam moim myślom odpłynąć, a oczom wędrować po miłych białych kształtach. Wówczas po raz pierwszy pomyślałam, że fotografia jest i była dla mnie zawsze czekaniem. Oczekiwaniem. Na TEN właśnie moment. Czyż to nie ironia? Czyż kwintesencją fotografii nie powinien być obraz?
Uwielbiam moment ciszy przed burzą. Atmosfera gęstnieje, robi się duszno, nie ma czym oddychać, skóra jest lepka od potu, jest podejrzanie spokojnie i wszystko stoi, łącznie z powietrzem. Nic się nie dzieje. Aż w końcu przychodzi nawałnica, która pozwala to wszystko uwolnić, pozwala skórze oddychać. Wszystkie stłumione ziemskie emocje ulatują wraz z parą buchającą z chodników, z oddechem ulic uwolnionych od gorąca.

Kiedy czekam, to jak cisza przed burzą, czuję się spokojna, ale gdy tylko nacisnę spust migawki czuję ulgę. Już niczego nie cofnę. Mogę już oddychać. Stało się, już niczego nie muszę. Jeśli coś zepsułam to już niczego nie naprawię. Wszystkie zastygłe emocje mogą wybuchnąć całą feerią barw.
Lubię czekać. Chcę czekać. Czekanie jest moją prawdą. Gdy stoję po łydki w śniegu, to czekam aż stopnieją kolejne płatki śniegu na jednej z gałęzi drzewa pod którym stoję. Jeden płatek, drugi płatek, trzeci płatek, nie wiem ile płatków musi stopnieć aby przeciążyły śnieg na gałęzi i runęły miękko w wodę. Wywołując równe okręgi. Nie wiem i czekam na tę lawinę przyczynowo – skutkową. Mogłabym coś rzucić, ale nie chcę, to nie moja prawda, nie takim widziałam świat gdy uznałam, że jest piękny. Więc czekam, jeden płatek drugi płatek, trzeci płatek…poruszenie gałęzi i bezdźwięczne uderzenie w taflę wody. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Więc znowu czekam. Kręgi na wodzie mnie wchłaniają, przypominam sobie że koło jest symbolem Boga. Ja myślę, że przypomina mi czas.
Robię ostatnie zdjęcie. Gdy odchodzę dzwoni mi telefon, zatroskany głos pyta się czy wszystko ok, bo nie ma mnie od paru godzin.

Wszystko jest ok, wydaje mi się, że może zrobiłam jedno dobre zdjęcie.
Ale to dobry wynik jak na ten czas. Wrócić z jednym dobrym zdjęciem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *